(O szczegółach nie napiszę, bo chodzi tylko o głos, nie o... rozgłos ;)
Po radiu mama i Starbucks, śmiejcie się, śmiejcie, ja wiem, że to raczej żenada, ale cóż poradzę, no. Uwielbiam.
I zobaczcie w jakich torbach dostałam prezenty: na Dzień Mamy i urodzinowy.
Potem Nina i Lulu. Nagrywam ostatnio bajki, a Nina słucha ich z lalki i tylko przewraca strony w książce.
Dalej: prezenty! Torebka od Bonpoint <3, perfumy od męża, a stragan ikeowy to prezent w planach, dla Niny. Widziałyście? Wydaje mi się fajny (wyposażenie mamy już od dawna).
Na końcu Nina pomalowana samodzielnie "w kotka" oraz lidlowe macarons, a raczej macaron-wannabes, powiedzmy to sobie otwarcie. Co do prawdziwych macarons, przypomniał mi się ten WPIS (Pierre Hermé czy Ladurée?)
Podczas wielkanocnej lektury książki "Paryż, mój słodki", dowiedziałam się o nich co nieco!
Najprościej będzie, jeśli zacytuję autorkę, Amy Thomas, która pisze:
" W Paryżu spotkacie dwa rodzaje ludzi: tych, którzy uważają, że Pierre Hermé robi najlepsze makaroniki, i takich, którzy wierzą, że najświetniejsze są te z Ladurée. Wiele osób – nawet zapalonych makaronikowych wyznawców – nie wie jednak, że swego czasu Pierre Hermé pracował w Ladurée. (…) Otrzymał stanowisko szefa cukiernika w Ladurée i przyczynił się do otwarcia wspaniałego lokalu przy Polach Elizejskich (…). Doszło jednak do tego, że zrobił się zbyt rock and rollowy dla potrzeb tradycjonalistów".
Pierre pracował w Ladurée, ale go nie docenili, więc odszedł!
Ja "rock and rollowych" smaków PH (czekolada z marakują, malina z wasabi, morela z szfranem, biała trufla z
orzechem laskowym, oliwa z oliwek z wanilią itd.) nie próbowałam, ale przynajmniej wiem już, o co chodzi w tym całym paryskim konflikcie. Na pytanie „Czyje makaroniki są najlepsze?” odpowiedzi nie znam, ale podczas kolejnego pobytu w Paryżu chętnie podejmę się testu ;)
Jutro Dzień Dziecka! Dzień naszych dziewczyn zapowiada się naprawdę wyjątkowo :) Fotki będą. Z telefonu, ale będą ;)























